Romans wszech czasów czy tandetna podróbka Hollywood?!
Do dzisiaj pamiętam emocje, jakie wywołała we
mnie lektura Widma grzechu Anny Szafrańskiej. Przyspieszone tętno,
niecierpliwe wiercenie się, niekontrolowane tiki nerwowe, wypieki i nadmiar
ekscytacji, buzujące we mnie, groziły wybuchem ogromnego kalibru, który mógłby
zmieść z powierzchni kilka najbliższych przecznic. Z utęsknieniem odliczałam
dni do premiery kontynuacji niesamowitej historii. Doczekałam się, ale czy było
warto?
Po raz kolejny bogactwo przedstawionego
świata poraża swoim ogromem już od pierwszych stron. Myślę, że jest to
nieuchronne jeśli osadzamy powieść w realiach, które zwykłemu, szaremu
czytelnikowi znane są jedynie z ekranów telewizorów. Jednak tym razem, otoczka
bohaterów wywołuje zupełnie inne emocje niż w pierwszym tomie. Być może jest to
spowodowane dogłębnym poznaniem osobowości i motywacji każdej z postaci, bądź
niesamowicie szybkim etapem dojrzewania zafundowanym przez autorkę.
Nieprzyjemne wydarzenia ostatnich kilku
tygodni rzucają swój cień na przyszłość Nel. Niejasne okoliczności zakazanej
miłości wywołują złośliwe komentarze, plotki oraz ogólną niechęć, która
prowadzi do izolacji dziewczyny. Tajemnicza przeszłość i nieodgadniona
nienawiść Augustyniaków względem Gilberta, nie ułatwia życia Nel. Balansując na
granicy cierpliwości i załamania psychicznego, nastolatka postanawia za wszelką
cenę dotrzeć do prawdy. Nie zdaje sobie jednak sprawy z konsekwencji, do jakich
doprowadzą jej czyny. Czy zakazana miłość ma jakiekolwiek szanse na
przetrwanie? Czy zakochanym uda się przezwyciężyć przeciwności losu?
Druga część historii zakochanych nie daje
czytelnikom wytchnienia poczynając od pierwszej strony. Wydarzenia pędzące w
zastraszającym tempie powodują lekki chaos, który sprawia, że Grzech
pierworodny jest książką pełną zalet i wad jednocześnie. Już pierwszy
tom osadzony w wyidealizowanym świecie, w którym typowe problemy normalnych
ludzi nie istnieją, sprawił, że idylliczni bohaterowie wydawali się nieco
nierealni. Jednak to w drugim tomie autorka przechodzi samą siebie. Akcje rodem
z hollywoodzkim filmów, sekrety niczym z Archiwum X oraz sceny wyjęte z 50
twarzy Greya były mocno przerysowane, co spowodowało, że z pozoru świetna
powieść stawała się karykaturalną wersją samej siebie.
Nie ukrywam, że połknęłam tę książkę w
całości, jednak w ogólnym rozrachunku bardzo się na niej zawiodłam. Nie znaczy
to jednak, że Anna Szafrańska traci w moich oczach. Według mnie, pisanie
powieści w oparciu o realia znane nam jedynie z zagranicznych filmów, seriali
bądź książek, nieuchronnie prowadzi do zguby. Sztuczność jaka wkrada się między
strony i coraz bardziej niewyobrażalne sytuacje powodują, że historia Nel i
Gilberta traci moim zdaniem miano jednego z najlepszych debiutów ostatnich lat.
Za książkę dziękuję portalowi




